Otwarcie sandaczowego sezonu 2010

Po nieudanym w moim wykonaniu rozpoczęciu sezonu szczupakowego, obiecałem sobie, że sandaczowe otwarcie musi być lepsze. Tym bardziej ,że na początku czerwca mam sporo wolnego czasu, więc będę mógł poświęcić trochę uwagi mętnookim drapieżcom. Te pierwsze dni czerwca są ważne, bo sandacz po tarle z reguły dobrze bierze, a na niektórych zbiornikach pływać można dopiero od pierwszego czerwca, więc ryby jeszcze nie są pokute i jest szansa na dobre połowy. Później już może nie być tak łatwo. Tak więc pierwszego czerwca, bez względu na pogodę mam zaplanowany wyjazd na sandacze. Nad wodą melduję się, wraz z bratem Grześkiem, wczesnym rankiem. Pogoda sandaczowa-temperatura ok 10 stopni, zachodni wiatr, pochmurno z przelotnymi opadami niewielkiego deszczu. Będzie dobrze. Przygotowanie sprzętu, pakowanie do pontonu i wypływamy.

Zbiornik zdążyłem już trochę poznać w tamtym roku, więc mam wytypowanych kilka obiecujących miejscówek. Pierwsze miejsce do obłowienia to niewielki blat na gł. ok 6m z lekkim wzniesieniem wychodzącym do 4m.Twardo.Najpierw opływamy dokładnie łowisko, żeby zobaczyć na echosondzie co tam ciekawego mamy pod wodą i dobrze się ustawić, tak żeby rzucać na wzniesienie i sprowadzać przynęty w dół po stoku. Na początek zakładam koguta na 25gr główce. Sandacz po tarle jest agresywny, a szczególnie gdy pilnuje gniazda, więc myślę, że taką przynętą prowadzoną agresywnie sprowokuję go do brania. Rzucam, czekam aż przynęta opadnie do dna, podbicie i opad, znowu podbicie i opad, znów podbicie i nagle...pstryk, cięcie i siedzi. Niemożliwe, w pierwszym rzucie. Takiego otwarcia sobie nawet nie wymarzyłem. Kij gnie się prawie po sam dolnik. Po ciężarze czuję, że to spory klocek. Odjeżdża w bok, łup, łup i nagle...luz. Spadł z koguta. Tylko sandacz może zrobić taki numer, a tak niewiele brakowało do szczęścia. Trochę narobił zamieszania w wodzie, ale rzucamy dalej. W kolejnych rzutach nic, zmiany przynęt, sposoby prowadzenia, nic nie przynosi rezultatu. Decydujemy się na zmianę miejscówki. Jeszcze ostatni rzut kogutem, trochę bardziej na lewo. Przynęta opada na dno. Podrywam i...przytrzymanie. Zacinam. Coś jest. Pompuję do góry, odjeżdża w bok. Parę minut siłuję się z tym czymś na końcu zestawu i w efekcie wyciągam sporych rozmiarów gałąź. Dobra miejscówka, trzeba będzie tu wrócić. Przepływamy w inne miejsce o podobnej konfiguracji dna. Nie ma sensu szukać sandacza na głębszej wodzie. Rzucamy kolejno kogutami i gumami. Odnotowujemy jakieś delikatne puknięcia, ale nie do zacięcia. Pogoda nie rozpieszcza. Na przemian wiatr i zacinający deszcz. Znowu zmieniamy miejsce. Rzucam kogutem, Grzesiek gumą. Po kilku rzutach mam branie. Cięcie i siedzi. Czuję, że nie jest wielki, ale jest. Siłowy hol i mam. Pierwszy sandacz w sezonie. Sezonie, który rozpocząłem tylko z castem. Już jestem zadowolony. Sezon sandaczowy rozpoczęty. Nie zmieniam przynęty, dalej obstukuję dno kogutem. Grzesiek łowi gumą.Za chwilę ma branie, ale spóźnia się z zacięciem. Pech. Przesuwamy się kilka metrów w lewo, ale dalej obławiamy to samo miejsce pod innym kątem. Kilka rzutów i mam. Branie było mocne i zacięcie też konkretne. Nie powinien spaść. Czuję, że jest trochę większy od poprzedniego. Sandacz walczy pięknie, ale na zbyt wiele mu nie pozwalam. Podbieram ręką. Jest fajny grubasek.

Jeszcze kilka rzutów i zmieniamy miejsce. Na następnej miejscówce mamy po jednym braniu, ale nie udaje się zaciąć. Zbliża się południe, trzeba będzie wracać do domu. Dwa sandacze zaliczone. Czyli otwarcie mogę uznać za udane. Grzesiek na zero, ale kontakty były. Może następnym razem będzie lepiej. Kolejny wyjazd dopiero za kilka dni. Tym razem o wiele wcześniej. Pogoda całkiem inna. Zapowiada się słoneczny dzień. Woda jakby trochę przybrała. Płyniemy na znaną miejscówkę. Duży sandacz na pewno gdzieś się tam czai. Zaczynam od koguta. Grzesiek tradycyjnie-guma. Kilka rzutów i mam łupnięcie. Zacinam, siedzi. Czuję, że jest ładny, ale to nie to co przed paroma dniami. Krótki hol, podebranie i mam. Chyba zapowiada się dobry dzień. Następne rzuty w tym miejscu nie przynoszą jednak brań. Zmieniamy miejsce. Obławiamy kolejną miejscówkę tak jak poprzednio. Koguty i gumy. I nic się nie dzieje. Co jest? Rozwijam jerkówkę. Może skuszę jakiegoś szczupala. Kilka rzutów i mam branie. Łupnięcie było mocne. No, może wreszcie zaliczę konkretnego esoxa. Podciągam rybę do pontonu i widzę, że to jednak sandacz. Trochę większy od poprzedniego.

No i super. Dwa sandacze zaliczone. Nie zmieniam sprzętu. Pozostaję przy jerkówce, ale nic się nie dzieje. Grzesiek też nie ma brań. Wracamy na poprzednie miejsce. Tam musi być ten klocek. Może skuszę go jerkiem. W tamtym roku mój największy sandacz wziął właśnie na jerka. Rzucamy. Grzesiek ma branie na gumę. Zacięcie i siedzi. Krótki hol i ryba spada. Trudno. Kolejne rzuty. Znowu branie. Tym razem udaje mu się wyholować zanderka. Nie duży, ale w końcu pierwszy zaliczony. Dwa brania na gumę w tak krótkim czasie. Zaczyna się coś dziać. Ja dalej uparcie łowię jerkiem. Grzesiek gumą. Kilkanaście rzutów i nic. Może wobler? Tak, Grzesiek zakłada woblera. W trzecim rzucie ma branie. Zacina i zaczyna się jazda. Kij mocno wygięty. Ryba odjeżdża w bok. Już wiemy, że to konkretna ryba. Czyżby to ten sandacz? Może duży szczupak? Na razie nie da się podholować bliżej. Żeby tylko się nie wypiął. Ryba wjeżdża pod ponton. Podnoszę kotwicę, żeby się nie zaplątała w linę. Udaje się. Pompowanie i już jest przy powierzchni. Duży sandacz. Dobrze zapięty. Udaje mi się go podebrać. Jest piękny.

Taki sandacz na początku sezonu. Gratulacje. Dopiero teraz zauważamy, że woda zaczyna mocno przybierać. Musimy szybko się zwijać, żeby nie zalało nam drogi. Trudno. Dzień i tak był udany, a sezon sandaczowy dopiero przed nami...

 

Do zobaczenia nad wodą , Robert @komar 2010